Najpiękniejsza trasa rowerowa: Alpe-Adria

Wstęp

Są takie trasy, które zostają w głowie na długo po powrocie. Alpe-Adria zdecydowanie taka jest. Trudno ją do czegoś porównać. Nie dlatego, że brakuje punktów odniesienia, ale dlatego, że to, co oferuje po drodze. Są momenty, w których naprawdę nie wiadomo, w którą stronę patrzeć i co fotografować najpierw. Wszystko wydaje się warte zatrzymania.

Kiedy pojawił się pomysł, żeby przejechać tę trasę, wiedzieliśmy, że będzie atrakcyjna. Ale mimo tego każdego dnia potrafiła czymś zaskoczyć. To nie jest jedna, powtarzalna droga. Naturalnie dzieli się na dwie części: austriacką i włoską, każda z nich ma zupełnie inny charakter. Alpe Adria łączy w sobie wszystko, co w rowerowych podróżach najlepsze. Po drodze pojawiają się wodospady, górskie rzeki, szerokie doliny i alpejskie panoramy, które momentami wyglądają jak z pocztówki. Dużą rolę odgrywa też dawna infrastruktura kolejowa. tunele, wiadukty i odcinki poprowadzone starymi liniami, które dziś idealnie sprawdzają się jako trasa rowerowa. Dzięki temu jazda jest płynna, a jednocześnie prowadzi przez miejsca, do których inaczej trudno byłoby dotrzeć.

Większość trasy jest oddzielona od ruchu samochodowego, co daje duży komfort i pozwala skupić się na samej jeździe i widokach. Są oczywiście fragmenty, głównie po włoskiej stronie, gdzie trzeba wjechać w ruch ogólny, ale nie zmienia to odbioru całości. Na trasie spotyka się ludzi w każdym wieku. Od osób podróżujących na rowerach elektrycznych, przez tych z pełnym bagażem w sakwach, aż po osoby, które po prostu chcą przejechać fragment i wrócić. To pokazuje, że Alpe Adria nie jest trasą tylko dla jednej grupy. Można ją dopasować do własnego tempa i stylu podróżowania.

To jedna z tych tras, które trudno opisać w pełni słowami. Ale jedno jest pewne, każdy powinien choć raz ją przejechać.

Opis tras

Wyprawę rozpoczynamy w Salzburgu. Rodzinne miasto Wolfganga Amadeusza Mozarta ma w sobie coś, co sprawia, że chce się tu zostać trochę dłużej. Zabytkowe centrum, wpisane na listę UNESCO, pełne jest barokowej architektury, wąskich uliczek i placów, które najlepiej odkrywa się bez pośpiechu. Jeśli tylko jest okazja, warto podjechać pod Twierdzę Hohensalzburg. Można zrobić to za pomocą kolejki, która już oferuje świetne widoki na miasto i okolicę.

Już chwilę po wyjeździe z Salzburga pojawia się coś, co będzie wracać przez kolejne dni: intensywny, turkusowy kolor wody. Rzeka wygląda momentami niemal nierealnie i trudno się dziwić, że co jakiś czas pojawia się myśl, żeby po prostu się zatrzymać i do niej wejść. My z tej możliwości korzystaliśmy później wielokrotnie. Szczególnie tam, gdzie górskie strumienie przecinały trasę i dawały chwilę ochłody w upalne dni.

Początek nie jest najłatwiejszy, ale nie warto go omijać. Pojawiają się podjazdy i to nie małe. Potrafią zaskoczyć, czasem kończą się spacerem obok roweru. Ale to właśnie te momenty najlepiej wynagradzają wysiłek. Widoki z góry mają w sobie coś, co sprawia, że szybko zapomina się o zmęczeniu. Odpoczywanie z takimi widokami jest znacznie przyjemniejsze.

Na tym etapie warto pamiętać o podstawach. szczególnie o zapasie jedzenia. Sklepów nie ma tu wiele, a odcinki między miejscowościami potrafią być spore. Na szczęście po drodze trafiają się górskie wodopoje, z których można korzystać bez ograniczeń.

Jednym z bardziej charakterystycznych punktów pierwszego dnia jest skocznia narciarska w Bischofshofen. Znana z zawodów i dobrze kojarzona także przez polskich kibiców. Podjazd pod nią nie należy do najłatwiejszych, ale prowadzi przez spokojne, drewniane zabudowania i kończy się widokiem, który zdecydowanie wynagradza wysiłek. Przy samej skoczni można też znaleźć tablice z nazwiskami rekordzistów. Wśród nich nie brakuje polskich akcentów.

Krajobrazy dnia pierwszego. To dokładnie ten typ alpejskich widoków, który wielu osobom wydaje się znajomy jeszcze przed przyjazdem. Zielone doliny, ostre szczyty i uporządkowane przestrzenie, które przywodzą na myśl obrazy z reklam pewnej czekolady. Widoki pozostają z nami na całej trasie.

Drugi dzień zaczyna się spokojniej, ale już po kilku kilometrach pojawia się opcja, z której naprawdę trudno nie skorzystać. Wystarczy lekko odbić od głównej trasy, około 1,5 kilometra do Liechtensteinklamm. Wąwóz miejscami sięga nawet 300 metrów głębokości, a jego ściany potrafią zbliżyć się do siebie na kilka metrów. Spacer drewnianymi kładkami, wśród skał i szumu wody, ma w sobie coś z górskiej przygody.

Warto jednak mieć bilety, bo w szczycie sezonu czekanie w kolejce zajmie wam kilka godzin.

Dalsza część dnia prowadzi już w stronę jednego z bardziej charakterystycznych punktów całej wyprawy, Bad Gastein.

Sam dojazd do miasta to jeden z tych momentów, które weryfikują nogi. Podjazd jest długi i wymagający, a końcówka potrafi naprawdę zmęczyć. Na szczęście po drodze nie brakuje miejsc, gdzie można na chwilę się zatrzymać. Złapać oddech i spojrzeć w dół na dolinę, która z każdym metrem zostaje coraz dalej.

Bad Gastein od razu wyróżnia się na tle innych miejscowości. To uzdrowisko zbudowane w stylu Belle Époque, z charakterystyczną zabudową „przyklejoną” do zbocza góry. Kiedyś wydobywano tu złoto, dziś trudno go tu szukać. Miasto ma wyraźnie dwa oblicza – niższe, bardziej turystyczne, i to wyżej położone, gdzie toczy się spokojniejsze, lokalne życie.

W samym centrum znajduje się jedna z największych atrakcji, wodospad o wysokości około 200 metrów. Jego siłę czuć już z daleka, a z bliska robi jeszcze większe wrażenie. Wzdłuż jednej ze ścian poprowadzono ścieżkę z punktami widokowymi i krótkimi opisami. To dobry moment, żeby na kilkanaście minut zejść z roweru i zobaczyć to miejsce z innej perspektywy. Wodospad warto również odwiedzić wieczorem.

Dla tych, którzy mają więcej czasu (albo chcą dodać do wyprawy jeszcze jeden widokowy akcent), jest też opcja wyjazdu kolejką na Stubnerkogel (2246 m). Z góry rozciąga się panorama Wysokich Taurów, a dodatkową atrakcją jest wiszący most, który szybko staje się jednym z bardziej charakterystycznych miejsc do zdjęć.

My zostawiliśmy ten punkt na później i wróciliśmy tu czwartego dnia, wjeżdżając pierwszym porannym kursem. Warto pamiętać, że bilety kupione wcześniej, jeszcze przed godziną 8:00 są sporo tańsze.

Trzeci dzień od początku zapowiadał się inaczej. Do przejechania było około 100 kilometrów, ale tym razem profil trasy działał na naszą korzyść. Większość prowadziła lekko w dół albo po płaskim. Po dwóch bardziej wymagających dniach była to wyraźna zmiana stylu jazdy.

Jednym z ciekawszych momentów tego etapu jest przejazd pociągiem z Böckstein do Mallnitz (stacja po drugiej stronie tunelu Tauern). To krótki, kilkunastominutowy odcinek, gdzie skład przejeżdża pod wysokimi alpejskimi szczytami, które jeszcze chwilę wcześniej mieliśmy przed oczami. Dla rowerzystów to po prostu naturalna część trasy.

Bilety najlepiej kupić wcześniej przez stronę ÖBB. Online kosztują około 9 euro, podczas gdy na miejscu trzeba zapłacić 12 euro.

Po wyjeździe z pociągu czeka jeszcze krótki. Jednak, potem zaczyna się coś, co wielu zapamiętuje jako jeden z najlepszych fragmentów całej trasy: długi, płynny zjazd, na którym nie trzeba pedałować. To ten moment, kiedy jedyne, o czym się myśli, to kontrola prędkości i kolejne zakręty. Warto mieć sprawdzone hamulce. Na koniec zjazdy będziecie czuć zapach…

Mimo że trasa staje się łatwiejsza, krajobrazy wcale nie tracą na jakości. Alpejskie widoki wciąż towarzyszą przez większość dnia, zmieniając się tylko subtelnie.

Po drodze trafiliśmy też na miejsce, które trudno byłoby zaplanować, a które idealnie wpisało się w rytm dnia – Buschenschank Egger. Niewielki, rodzinny punkt tuż przy trasie, gdzie zatrzymaliśmy się na sok jabłkowy produkowany na miejscu. Proste rzeczy, ale właśnie takie przystanki często zostają w pamięci najdłużej.

Kolejne kilometry prowadzą już w stronę granicy i momentu, w którym kończy się austriacka część trasy. Naturalnym kierunkiem jest Tarvisio, ale u nas ten etap potoczył się trochę inaczej. Trafiliśmy na długi weekend 15 sierpnia. Zazwyczaj rezerwujemy je na bieżąco i do tej pory działało to bez problemu. Tym razem okazało się, że w okolicy praktycznie wszystko jest zajęte.

Ostatecznie musieliśmy nadłożyć trasy i pojechać około 15 kilometrów więcej do Kranjskiej Gory w Słowenii. To był właściwie jedyny dostępny nocleg, jaki udało się znaleźć.

I choć początkowo wyglądało to na komplikację, szybko okazało się, że było warto. Do listy krajów doszła Słowenia, a przy okazji przejechaliśmy kolejny świetny odcinek poprowadzony po dawnej linii kolejowej. Równa nawierzchnia, łagodne nachylenie i widoki, które idealnie wpisują się w charakter całej trasy. Jechało się naprawdę świetnie.

Odcinek z Mallnitz w stronę Spittal an der Drau to jeden z tych fragmentów, gdzie tempo naturalnie się wyrównuje. Trasa prowadzi przyjemnie w dół i po płaskim, a krajobraz nieco się zmienia.

Po drodze mijamy Obervellach, niewielką miejscowość, ale taką, która w odpowiednim momencie potrafi się przydać. To dobre miejsce, żeby zrobić zakupy, zatrzymać się na obiad albo po prostu na chwilę odpocząć przed dalszą jazdą.

Kilka kilometrów dalej pojawia się jeden z ciekawszych akcentów historycznych na tym odcinku: kompleks zamków Falkenstein. Wśród nich wyróżnia się Burg Falkenstein, a dokładniej zachowany do dziś Niederfalkenstein. To fragment większego średniowiecznego systemu obronnego. Górna część (Oberfalkenstein) pozostaje dziś ruiną, ale dolny barbakan wciąż robi wrażenie. Z perspektywy trasy to jeden z tych momentów, kiedy warto na chwilę zwolnić i spojrzeć w górę.

Dalsza droga prowadzi już do Spittal an der Drau. Niewielkiego, ale bardzo uporządkowanego miasta, które pełni rolę lokalnego centrum tej części Karyntii. Położone nad Drawą, z renesansowym zamkiem Porcia i bliskością jeziora Millstätter See.

Ostatnie kilometry w Austrii
Ten etap to jednocześnie powolne pożegnanie z austriacką częścią trasy. Przed nami jeszcze Villach. Drugie co do wielkości miasto Karyntii, położone blisko granic z Włochami i Słowenią. Villach ma wyraźnie uzdrowiskowy charakter (Warmbad-Villach), ale jednocześnie czuć tu już zmianę kierunku podróży. To jeden z ostatnich momentów na austryjackiej trasie. I to właśnie tutaj warto zrobić jeszcze jedną rzecz. Spróbować Kaiserschmarrn, czyli słynnego „omletu cesarzowej Sissi”. Proste danie, ale w takich miejscach smakuje zupełnie inaczej niż gdziekolwiek indziej.

Trasa Włoska

Naturalnym kolejnym punktem jest Tarvisio, gdzie pierwotnie planowaliśmy nocleg. Rzeczywistość szybko jednak zweryfikowała te plany. Długi weekend i brak dostępnych miejsc sprawiły, że musieliśmy szukać alternatywy.

Padło na Kranjską Gorę w Słowenii. Dodatkowe kilkanaście kilometrów mogłoby wydawać się problemem, ale w praktyce okazało się jednym z przyjemniejszych odcinków całej trasy. Szlak prowadzi tu dawną linią kolejową, co oznacza jedno: równą nawierzchnię, łagodne nachylenie i jazdę, która właściwie „niesie sama”. Do tego dochodzi jeszcze jeden akcent. Po drodze pojawiają się skocznie narciarskie w Planicy.

Samo Tarvisio wita bardzo konkretnie, włoskim klimatem, który czuć od pierwszych minut. Na trasie zwracają uwagę także dawne stacje kolejowe, które zachowały się tuż przy trasie rowerowej. To pozostałość po dawnej lini kolejowej. W wielu miejscach można się przy nich zatrzymać, a nawet zajrzeć do środka. My odwiedziliśmy stary dworzec w Tarvisio. Taki mały „urbexowy” przystanek, który dobrze wpisuje się w klimat tej części trasy.

Między Austrią a Włochami, zaczyna się zupełnie nowy rozdział tej podróży.

Kolejnym przystankiem na naszej trasie jest Venzone. Miejsce, które od razu przyciąga uwagę. To tutaj zatrzymujemy się na noc i już po kilku minutach wiadomo, że nie jest to przypadkowy wybór.

Miasto w całości zostało uznane za zabytek narodowy (monumento nazionale), a jego średniowieczne mury obronne do dziś wyznaczają jego charakter. Venzone jest też częścią prestiżowej listy I borghi più belli d’Italia, skupiającej najpiękniejsze miejscowości we Włoszech. W 2017 roku zdobyło dodatkowe wyróżnienie jako Borgo dei borghi – tytuł dla najpiękniejszego z „najpiękniejszych”. To jedno z tych miejsc, gdzie warto po prostu zwolnić. Przejść się wąskimi uliczkami, zobaczyć kamienne zabudowania i poczuć klimat, który trudno podrobić.

Niedaleko miasta można też odbić w stronę rzeki. To dobre miejsce na chwilę przerwy i zdjęcia, szczególnie jeśli ktoś podróżuje z dronem. Koryto rzeki i jego struktura z góry wyglądają naprawdę ciekawie.

Dalej na trasie pojawia się Gemona del Friuli. Miejscowość z dużo bardziej złożoną historią, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. To miasto o celtyckich korzeniach, które w średniowieczu było ważnym ośrodkiem handlowym. Przez lata znajdowało się pod rządami Patriarchatu Akwilei, a później weszło w skład Republiki Weneckiej.

Jednak najbardziej zapisało się w historii wydarzeniami z 1976 roku. Trzęsienia ziemi. Najpierw w maju, później we wrześniu. Niemal całkowicie zniszczyły miasto. Zginęło blisko 400 osób, a wiele budynków, w tym katedra i zamek, uległo poważnym zniszczeniom.

Kolejnym większym punktem na trasie jest Udine. miasto, które często pojawia się w rankingach jakości życia we Włoszech. Regularnie znajduje się w czołówce, zaraz za takimi miejscami jak toskańska Lucca.
To miejsce ma zupełnie inny rytm niż turystyczne kurorty. Bardziej lokalny, spokojniejszy, ale jednocześnie bardzo uporządkowany. Udine jest ważnym ośrodkiem gospodarczym regionu – rozwija się tu przemysł włókienniczy, skórzany, drzewny czy maszynowy.

To także miejsce z tradycjami. Odlewa się tu dzwony, produkuje sery, mleko i wino. Wszystko to tworzy spójną całość, która sprawia, że miasto jest nie tylko funkcjonalne, ale też zwyczajnie przyjemne do życia.

Przed nami jeszcze jeden duży przystanek, który trudno porównać z czymkolwiek innym na trasie. Palmanova, miasto w kształcie idealnej gwiazdy, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, od początku miało być czymś więcej niż tylko punktem na mapie.


Zbudowana w 1593 roku przez Republikę Wenecką twierdza była projektem przemyślanym w każdym detalu. Nad jej powstaniem pracował zespół architektów wojskowych pod kierownictwem Giulio Savorgnana. To jedna z najlepiej zaprojektowanych fortyfikacji w Europie.

Ostatnie kilometry prowadzą już w stronę Grado. Krajobraz znowu się zmienia. Miasto położone na lagunie nad Adriatykiem ma swój własny rytm. Spokojniejszy, bardziej wakacyjny. Przez lata było związane z pobliską Akwileą, jaka mijamy na trasie.

To właśnie tutaj kończy się cała trasa. Warto wykorzystać ten moment zdjąć buty, wejść do wody i na chwilę zapomnieć o kilometrach, które są już za nami. Dla nas to jednak nie był koniec podróży. Z Grado wsiedliśmy na prom i ruszyliśmy w stronę Triestu. To właśnie tam zaczyna się kolejny etap, droga powrotna do Polski.

Skrócony plan wycieczki

DzieńMiejsce startuMiejsce zakończeniadystans
Dzień 1Transport z Polski do Salzburga
Dzień 2SalzburgSankt Johann im Pongauok. 70 km
Dzień 3Sankt Johann im PongauBad Gasteinok. 50 km
Dzień 4Bad GasteinVillachok. 90 km
Dzień 5VillachTarvisio + Planicaok. 40 km
Dzień 6TarvisioVenzoneok 60 km
Dzień 7VenzonePalmanovaok. 60 km
Dzień 8PalmanovaGradook. 30 km
Dzień 9Powrót do Polski

Transport

Choć wiele osób decyduje się na busy z przyczepami rowerowymi, które dowożą uczestników do Salzburga i odbierają ich z Grado, lub na podróż własnym autem. To nie jest jedyna droga, by rozpocząć taką wyprawę. Na nasze długodystansowe wycieczki docieramy pociągami i tak samo było w tym przypadku.

W sześć osób, każdy z własnym rowerem i pełnymi sakwami, ruszyliśmy w stronę Alp. Połowa grupy startowała z Kielc, druga z Warszawy. Spotkaliśmy się po drodze i właściwie już od tego momentu zaczęła się nasza wspólna wyprawa.

Dojazd do Salzburga

Pierwszy odcinek prowadził z Kielc do Wiednia. Szukając możliwie najtańszych połączeń, zdecydowaliśmy się na wariant z kilkoma przesiadkami. Najpierw krótki przejazd do Włoszczowy Północ, później dalej w stronę Bohumina. To właśnie tam dołączyliśmy do ekipy z Warszawy, która miała nieco prostszą trasę. Od tego momentu jechaliśmy już razem, jednym pociągiem, w jednym kierunku.

Wiedeń był tylko przystankiem, gdzie przesiadaliśmy się do kolejnego pociągu już w kierunku Salzburga. Tutaj warto wybrać pociągi Westbahn prywatnego przewoźnik, które odjeżdżają ze stacji Wien Westbahnhof. Należy wtedy przejechać z Wien Hauptbahnhof (czyli dworca głównego)  na Wien Westbahnhof (dworzec zachodni) jest to niespełna sześć kilometrów. Odcinek, ten prowadzi wygodną infrastrukturą rowerową i pozwala zobaczyć kawałek miasta.

Dlaczego Westbahn?

Czas przejazdu do Salzburga jest bardzo zbliżony do tego, który oferują składy ÖBB Railjet, a sam komfort podróży pozostaje na równie wysokim poziomie. Skąd więc wybór? Przede wszystkim z ceny.

Westbahn wypada tu wyraźnie korzystniej. Bilety są zauważalnie tańsze, przy zachowaniu tego samego czasu przejazdu i standardu podróży. Nawet konieczność przejechania niespełna sześciu kilometrów między dworcami w Wiedniu nie stanowi problemu, zwłaszcza gdy i tak podróżujemy z własnymi rowerami.

Co prawda przewoźnik stosuje dynamiczny system cen, więc stawki potrafią się zmieniać, ale nawet w mniej korzystnych wariantach Westbahn wciąż pozostaje jedną z najbardziej opłacalnych opcji na tej trasie.

Jeżeli chodzi o podejście do osób z rowerami jak również dostosowanie infrastruktury nie ma na co narzekać. Szerokie drzwi, brak progów przy wejściu i przestronne korytarze sprawiają, że wsiadanie z załadowanym rowerem nie jest logistycznym wyzwaniem. W każdym wagonie znajdują się cztery miejsca na rowery, zlokalizowane przy schodach. Konduktorka sama podeszła, pomogła załadować rowery i zabezpieczyła je w uchwytach.

Składy są dwupoziomowe, a miejsca na górnym pokładzie dają znacznie lepszy widok na mijane krajobrazy. Przejazd takim pociągiem, to dodatkowa atrakcja.

Powrót z Grado do Polski 

W samym Grado nie ma stacji kolejowej. Dlatego można cofnąć się około 17 kilometrów do stacji Cervignano-Aquileia-Grado, którą mija się pod koniec trasy. To rozwiązanie wybiera wiele osób. My jednak postanowiliśmy zakończyć tę podróż w nieco inny sposób, mniej popularny.

Zamiast zawracać, wybraliśmy prom do Triestu. Rejs trwa około godziny i dwudziestu minut i już sam w sobie jest ciekawym domknięciem całej wyprawy. W Trieście mieliśmy chwilę, żeby złapać oddech, przejechać się po mieście i zatrzymać na lody. Dopiero potem ruszyliśmy na dworzec, gdzie zaczynał się kolejny etap podróży.

Pierwszy odcinek prowadził do Udine, gdzie zdecydowaliśmy się na nocleg. To dobre miejsce, żeby podzielić powrót na dwa spokojniejsze dni i nie robić wszystkiego „na raz”. Następnego poranka, wcześnie – bo już o 7:14 wsiedliśmy w pociąg w kierunku Villach.

Dalej trasa była już bardziej klasyczna. Z Villach do Wiednia, a z Wiednia każdy ruszył w swoją stronę. Część grupy wracała do Warszawy bezpośrednio, druga do Kielc, z przesiadką w Sosnowcu.

Warto zwrócić uwagę na jedną rzecz, która w praktyce bardzo ułatwia taką podróż. Na całej tej trasie pociągi są dobrze przygotowane do przewozu rowerów. Miejsc jest dużo, a podróżni z sakwami i jednośladami nie są tu wyjątkiem, tylko codziennością. W większości na tej trasie podróżują tu osoby, które skończyły trasę Alpe-Adria, co sprawia, że logistyka jest do tego przystosowana i można podróżować bez stresu. Nawet z tym małym czasem na przesiadki. Pociągi rzadko odjeżdżają puste, a obsługa doskonale wie, że rowerzyści potrzebują czasem tych kilku dodatkowych minut.

Podsumowanie

Możliwości dotarcia na start i powrót jest oczywiście więcej. Samochód, zorganizowany transport czy bezpośrednie przejazdy busami. My jednak od lat trzymamy się jednego rozwiązania. W dłuższych wyprawach to właśnie kolej daje największą swobodę. I w tym przypadku wygrywa cenowo z innymi propozycjami.

Rejs kosztował 12,90 € za osobę z rowerem i patrząc z perspektywy całej podróży był nie tylko środkiem transportu, ale też jedną z przyjemniejszych części powrotu.

Na koniec, już na spokojnie, policzyliśmy wszystkie koszty związane z dojazdem na start i powrotem do Polski. To dobry moment, żeby zobaczyć, ile w praktyce kosztuje taka kolejowo-rowerowa logistyka. Zwłaszcza, że często wydaje się bardziej skomplikowana (i droższa), niż jest w rzeczywistości.

Dalej było już bardziej klasycznie.
Przejazd pociągiem z Udine do Villach to koszt około 16 € za osobę z rowerem, a kolejny odcinek z Villach do Wiednia – około 33 € za osobę z rowerem.

Sumując wszystkie kwoty dojazd z Polski na start i powrót z Wiednia. W naszym przypadku, przy dobrze dobranych połączeniach. Zamknęłismy się w kwocie około 840 zł za osobę za podróż w obie strony z rowerem. Czyli około 420 zł za bilety w jedną stronę.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *